z miłości do mięcha.

że koty są mięsożercami, to chyba wiedzą wszyscy. że kot od dziecka różni się mało, to część może się jeszcze dowie. jak dziecko ma do wyboru czipsiochy czy brokuła, to wybierze czipsiochy. i kot jak ma do wyboru kabanosa albo coś zdrowego, to częściej sięgnie po ten woniący skarpetą kabanos. 
do czasu.

bo dnia pewnego o poranku, 
kiedy słońce odbijające się o kryształki żwirku w kuwecie oczy me wypalało, w naszym domu pojawiło się SAMO MIĘSO - psie i kocie smaczki. jakkolwiek sceptycznym można być, że rozpuszczone jak pianka w kakao koty, sięgną po wysuszone mięso bez grama dodatków i wzmacniaczy, to tak też było. stanęło się, proszę państwa, olśnienie kulinarnego geniuszu.

mała grupka ludzi, która najpierw wybiera najlepsze mięso, a potem dłońmi swymi kroi je i suszy. to wszystko. tak po prostu. 
albo aż. po prostu.

skradli moje puchate serduszko prostotą. 
skradli też puchate serduszko Ciastek, które memlą to mięcho, aż pod nimi kałużę śliny wycierać muszę. #paulomartello

piszą o sobie: "opracowaliśmy procesy suszenia mięsa tak, aby stosując niską temperaturę zachować jego właściwości oraz składniki odżywcze bez dodawania jakichkolwiek dodatków i konserwantów."

może warto spróbować? chociażby po to, by wesprzeć ludzi, którzy w sposób tak domowy i prosty, a totalnie kreatywny, tworzą coś dla zwierząt.

na koniec sytuacja potwierdzająca jakość produktu. ojciec ciastek z pełną powagą zapytał, czy przypadkiem nie przysłali też suszonej wołowiny, bo tak generalnie, to on by ją chętnie. także tego. cmok w nos.

***Suszone mięcho testowaliśmy w ramach plebiscytu Sfinksy, gdzie jesteśmy ambasadorami i poszukujemy fajnych rzeczy dla kociego uniwersum.